środa, 28 grudnia 2011

Ploteczki z rekrutacji część druga!

Święta się skończyły, dosyć tego leniuchowania. Bez zbędnych wstępów zatem przejdźmy do kolejnej porcji anegdotek i spostrzeżeń dotyczących rekrutacji. Także: zbieram pytania, wątpliwości co do rekrutacji i inszych rzeczy oraz sugestie na tematy kolejnych notek (następna chyba będzie gamerska...)

Do czego może przydać się list motywacyjny?
Otóż, mamy panienkę, aplikującą na stanowisko do Katowic. W cv ma podany adres: z której strony by nie patrzeć warszawski. I teraz, możliwości są dwie: albo pani jest sierota i nie doczytała ogłoszenia, albo planuje przeprowadzkę. Jeśli pani jest sierota, to znaczy że dzwonienie do niej będzie stratą czasu (którego bardzo często brakuje, jeśli ma się do obdzwonienia bagatela, trzydzieści osób). Jeśli planuje przeprowadzkę, to znaczy, że będzie potrzebowała trochę czasu na aklimatyzację, być może będzie miała przez to większe wymagania finansowe, albo będzie chciała dodatku do pensji, a na pewno będzie trudniej umówić ją na rozmowę... Ale przynajmniej będzie wiadomo, że naprawdę chce tę pracę!

W ogóle list motywacyjny to takie fajne miejsce do wrzucania dodatkowych informacji. Przy czym owszem - istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt go nie przeczyta. Ale po pierwsze: dobrze napisany list na pewno nie zaszkodzi. Po drugie, jeśli dostaniesz się na rozmowę kwalifikacyjną, to szansa na przeczytanie przez rekrutera twojego listu gwałtownie rośnie (choćby dlatego, że jest ich osiem a nie osiemdziesiąt czy nawet osiemset).

Patrz ciulu, co załączasz!

Faktura za akcesoria szkolne i plik tekstowy z konfiguracją routera wifi. Naprawdę. Myślę, że nie wymaga to dodatkowego komentarza. Także: sprawdzaj, czy plik nie jest uszkodzony. PDFy są najbezpieczniejsze, PDFy ci wszędzie otworzą, z Open Officem bywa różnie. Jasne, rekruter może wysłać ci maila z prośbą o przesłanie cv jeszcze raz, ale zwykle 1. nie ma na to czasu 2. no jakim ciulem trzeba być, żeby wysłać fakturę za akcesoria szkolne??

Także: naprawdę nie potrzebujemy wszystkich danych dotyczących kandydata! No poważnie, po co nam PESEL? Numer konta? O liczbie dzieci pisałam już w poprzedniej notce, ale takie perełki też się zdarzają. Szczytem była panienka, która zamiast klasycznego życiorysu zamieściła kwestionariusz do firmy pośredniczącej zawierający WSZYSTKO, od numeru dowodu po imiona rodziców. Właściwie dość, żeby wziąć na kobietę kredyt (no ok, o tyle nie dość, że trzeba się jeszcze podpisać na papierku - ale dane jako takie są wszystkie...).

Kilka słów o telefonach

Jeżeli pozytywnie przeszedłeś pierwszą selekcję cv, prawie na pewno przynajmniej raz ktoś z rekrutacji będzie próbował do ciebie dzwonić. "Próbował" jest tutaj ważnym słowem. Ok, ja rozumiem, że ktoś może nie móc rozmawiać w danej chwili, mieć wyłączony telefon albo coś. Ale zdarzają się sytuacje, w której taki ludek nie odbiera telefonu przez SZEŚĆ MIESIĘCY. Mówię poważnie, ogłoszenie kilkukrotnie wznawiane, ludek aplikował za każdym razem i ani razu nie odebrał telefonu. Nie próbował też oddzwaniać. A zwykle jest tak, że próbujemy się dobijać do skutku, więc taki ludek musiał mieć przynajmniej kilka nieodebranych połączeń... z NIE zastrzeżonego numeru.

Jeśli już uda nam się dodzwonić do takiego ludka, to możemy to robić z dwóch powodów: albo chcemy zaprosić na rozmowę/testy, albo zadać kilka pytań (najbardziej znienawidzone: "jakie są pana/pani oczekiwania finansowe", ale są też krótkie rozmówki po angielsku, informacje o rodzaju umowy i tak dalej). Zwykle takie rozmowy przebiegają sprawnie i nie trwają dłużej niż pięć minut. Istnieją jednak dwa, nieco problematyczne rodzaje kandydatów: gaduły i truposze. Gaduły próbują się ze wszystkiego tłumaczyć, informując biednego rekrutera o wszystkich szczegółach swego życia, każde pytanie okraszając porcją dodatkowych - i zwykle zbędnych - informacji. Brutalna prawda: nie mamy na to czasu. Miejsce na takie wywnętrzanie się jest na rozmowie kwalifikacyjnej. Z drugiej strony, sytuacja, w której kandydat odpowiada monosylabami, w dodatku ton głosu wskazuje na wyjątkowe umęczenie, we mnie wywołuje pewien wewnętrzny niepokój. Czy pacjent na pewno żyje? Czy zrozumiał pytanie? Czy mnie w ogóle słyszał? Co się dzieje kurdeeee...

A propos rozmów kwalifikacyjnych

Ja rozumiem, że nie wszyscy aplikujący są bezrobotni, że niektórzy cały czas pracują i nie bardzo chcą zrywać się z rzeczonej pracy, żeby przyjść na rozmowę. Z drugiej strony, ludzie, zlitujcie się - ja też kończę pracę o 17! Ok, jasne, czasem zostaje się po godzinach, ale my też nie chcemy robić z tego reguły! Zwłaszcza, że rozmowy nieraz trwają cały dzień, a wszyscy chcą się spotykać wieczorem. Osiem rozmów po czterdzieści pięć minut i wszystkie po osiemnastej? No ludzie, bądźmy poważni... Z samego rana też się nie zawsze da - po pierwsze, bo my też zaczynamy pracę o ósmej czy dziewiątej, po drugie bo czasem my też musimy dojechać na rozmowy. Jak choćby te nieszczęsne testy w Katowicach, które zaczynały się o 10, bo pociąg z Warszawy szybciej po prostu nie pojedzie. No więc bardzo pana przepraszam, o szóstej rano ni cholery nie damy rady...

"My zadzwonimy"

Wbrew pozorom informacja "to my jeszcze zadzwonimy" nie jest wcale zawoalowanym "to my już panu/pani dziękujemy". Znaczy, może być, ale nie zawsze jest. Rekrutacja to proces. I, wbrew powszechnej opinii, potrafi on swoje trwać. Miesiąc na przykład. Albo dwa. Albo sześć. I uwierzcie, to nie zawsze jest wina rekrutacji. Czasem jest to kwestia menedżera, który nie może się zdecydować, czasem kwestia wewnętrznych regulacji, choroby rekrutera albo strajku kolejowego (tudzież Tour de Pologne). A zwykle po prostu jest to kwestia tego, że przejrzenie tych kilku setek cv, wygarnięcie pierwszej decyzji od menedżerów, obdzwonienie ludków, przeprowadzenie rozmów, zmuszenie menedżera do podjęcia decyzji, wynegocjowanie wynagrodzenia i takich tam PO PROSTU TRWA. Jeśli firma jest w stabilnym momencie swego istnienia, to wszystko to dzieje się całkiem sprawnie. Jeśli nie daj Boże, w firmie zachodzą jakieś większe zmiany, rekrutacji jest dużo równocześnie, a do tego dochodzą inne zadania, które też muszą zostać wykonane, wszystko się przedłuża. I człowiek nagle się orientuje, że jest październik (a przecież przedwczoraj był czerwiec).

I jeszcze jedna anegdotka na koniec

Zdarzyła nam się taka mało rozgarnięta istotka, do której dzwoniliśmy z ofertą pracy. Wszystko już przyklepane, wnioski o zatrudnienie podpisane przez wszystkich dyrektorów czy tam kierowników, zostało tylko spytać panienkę, czy akceptuje warunki i zaprosić na podpisanie umowy. Panienka odbiera telefon, wysłuchuje o co chodzi, po czym stwierdza, że... ona przecież nie brała udziału w żadnej rekrutacji! Nie aplikowała, nie była na rozmowach, w ogóle o co nam chodzi, nie dzwońmy do niej więcej!

...aplikowała DWA RAZY (ostatni raz jakieś dwa tygodnie przed rzeczonym telefonem), była na testach i na rozmowie.

Czasami po prostu człowiek już nie wie, co powiedzieć.

A z innej beczki...

...jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i nawet mi te 350 kilometrów nie straszne :3 

poniedziałek, 3 października 2011

Rzecz o kucykach i tworzeniu

Woah. Wróciłam z Edynburga (który jest PIĘKNY, a Vodh jest super :D), latanie jest fajne, rok akademicki się zaczął, pora rozpocząć prokrastynację. Obiecałam Irinowi notkę pochwalną i niniejszym słowa dotrzymuję. Będzie dużo linków.

Dawno dawno temu, jakiś marketingowy geniusz wpadł na arcyzły plan. Wymyślił, że nie ma lepszej formy zareklamowania zabawek niż stworzenie serialu animowanego reklamujące rzeczone zabawki. Jak wymyślił tak uczynił, rozpoczynając długą serię mniej lub bardziej udanych kreskówek sprzedających wszystko - od klocków lego począwszy, poprzez bączki aż do gier karcianych. Jakiś czas temu jedna z takich franczyz doczekała się nowej serii. I internet oszalał.

My Little Pony: Friendship is Magic zawładnęło sercami tłumów. Tłumy, jak się okazało, w dużej mierze składają się z mężczyzn w wieku 18-30 lat. Przyznaję, że i ja jestem zachwycona kucykami, z radością wyczekuję kolejnych odcinków, przeglądam fanarty, fanfiki i tak dalej. Skąd tak duża popularność wśród starszych widzów? Powodów może być kilka - ot choćby wspomnienia dzieciństwa, czy specjalnie umieszczone przez twórców żarty skierowane do dorosłych. Akurat w tym przypadku śmiem twierdzić, że główny powód jest znacznie mniej skomplikowany - to po prostu jest bardzo dobra kreskówka. Lauren Faust z ekipą odwaliła kawał dobrej roboty. Postaci są nadzwyczaj sympatyczne, interesujące i ekspresyjne, świat ciekawy, historia może nieszczególnie ambitna, ale przyjemna i nie obrażająca inteligencji widza. Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której praktycznie się nie mówi, a która - moim zdaniem - bardzo przyczyniła się do spopularyzowania produkcji takich jak Kim Possible, część filmów Disneya, Harry Potter czy właśnie My Little Pony: Friendship is Magic.

Gigantyczny. Potencjał. Twórczy.

Dostajemy świat. Świat jest zarysowany dość ogólnie, ma kilka głównych zasad, dwie-trzy niezbyt szczegółowo opisane lokacje, z reguły też delikatnie zarysowaną mitologię - bez wchodzenia w szczegóły, ale dość by odróżnić ten świat od setek innych. Ponadto dostajemy paczkę bohaterów. Postaci te mają wyraźnie zarysowane charaktery, w dodatku nie sprowadzające się do jednej jedynej cechy - powiedzieć o takiej Fluttershy, że jej jedyną cechą jest nieśmiałość, byłoby dużym nieporozumieniem. O takich postaciach zwykłam mówić, że są "żywe" - prawdopodobne, przekonujące (świetna animacja mimiki bardzo tu pomaga). Co ważne, nie znamy wszystkich szczegółów dotyczących życia postaci, w szczególności ich przeszłości - podobnie jak w przypadku świata, mamy tu jedynie parę ogólników. I żeby nie zabrakło wisienki na tym torcie, dodajmy jeszcze całe stado różnorodnych postaci epizodycznych, całe to tło, o którym wszystko co wiemy to że jest.

Po prostu jedna wielka piaskownica dla twórczego umysłu. Z takim zestawem można zrobić wszystko - sprowadzić zombieoddelegować do obrony Imperium, wysłać na wojnę, zmienić płeć, porozmyślać nad reakcjami postaci na pewne kanoniczne wydarzenia, wybrać się w podróż w przeszłośćpobawić się w crossover,  albo po prostu pozwolić bohaterom na odrobinę niewinnej radości. I mogłabym tak długo, a nawet nie tycnęłam fanfików. Znaczy, skłamałam - w trakcie pisania tej notki wpadłam na wyjątkowo uroczy fanfik o dwóch postaciach z tła, w kwestii których prawie cały fandom zgodnie twierdzi że są parą.

Twórczość fanowska ma wiele zalet dla wszystkich zainteresowanych stron (ma też parę wad, ale to zaraz). Przede wszystkim, pozwala wyżyć się twórczo - a człowiek generalnie jest istotą bardzo kreatywną, tylko czasem nie ma dobrego ujścia. Umiejscowienie historii/obrazka w świecie wytworzonym przez kogoś innego bardzo ułatwia sprawę - nie trzeba wszystkiego wymyślać od podstaw, można skoncentrować się na szczegółach, lukach pozostawionych przez twórców, elementach tła. Dla zwykłego przeglądacza internetu takie doklejki do animowanego świata są też wyjątkowo miłe w odbiorze - dopełniają własne wyobrażenia, prowokują nowe pomysły znacznie silniej niż w przypadku nieznanych światów.

Kluczowe tu są dwie rzeczy. Po pierwsze - wspólny kontekst, dzielony przez twórców serii właściwej, fanów-twórców i fanów-odbiorców. Jak pisałam, ułatwia to odbiór - chętniej i szybciej spodoba nam się coś, co już znamy - ale też sprawia, że świat kreskówki staje się bogatszy, ciekawszy. Setki, tysiące ludzi na świecie codziennie dodaje mały kawałek od siebie. Oczywiście, sporo z tego nie jest warte szczególnej uwagi, ale zdarzają się również perełki, które z kolei inspirują kolejne pomysły i tak dalej i tak dalej. Przy czym sami twórcy serii czerpią nieraz z sugestii fanów, jak choćby w przypadku Derpy Hooves. Drugim kluczowym elementem są niedopowiedzenia pozostawione w oryginalnym produkcie. Weźmy taką Lunę, która w ciągu całej pierwszej serii wypowiedziała całe dwie linijki tekstu (nie liczę tu jej wystąpień w trybie Nightmare Moon), a jest jedną z ulubionych postaci fandomu. Wiemy o niej niezwykle mało - tyle, że zbuntowała się przeciw siostrze i odsiedziała swoje tysiąclecie na księżycu. O jej charakterze, marzeniach, lękach, motywach jej działań? Prawie nic. Cudowne pole do gdybania!

Jak pisałam wcześniej, nie tyczy się to wyłącznie kucyków, choć one są obecnie najbardziej popularne. Ten sam mechanizm zadziałał w przypadku Harrego Pottera i Kim Possible (tutaj głównie w kwestii pairingu Kim/Shego, ale cóż). Osobiście uważam, że to genialna rzecz, dająca wiele radości i silnie przedłużająca żywotność danej produkcji. Ma jednak swoje wady - Disney, o ile się nie mylę (brakuje mi źródeł, ktoś byłby w stanie potwierdzić?) pluje się na fanarty/fanfiki mogące "narazić wizerunek marki" (znaczy zawierają seks, przemoc, czy cokolwiek w tym guście), wielu autorów także mniej lub bardziej sprzeciwia się fanowskiej twórczości. W sumie nie dziwię się - umysły fanów (częściej fanek, chociaż faceci też potrafią mieć nieźle zryte pod czaszką) potrafią wytworzyć takie koszmarki, że też bym nie chciała żeby używali do tego moich pomysłów. Dla fanów zaś zagrożeniem jest zbyt wielka zależność od cudzych światów. Przyzwyczajeni do tworzenia na bazie istniejących produkcji, będą mieli duży problem w wymyśleniu czegoś całkowicie własnego.

Bogowie, zaczęłam od kucyków, skończyłam na fanfikach. Nie macie POJĘCIA ile stron przejrzałam w międzyczasie, czy to w poszukiwaniu fanartów, czy szukając tej przeklętej Disneyowskiej polityki w kwestii fanowskiej twórczości. Żeby nie zmarnować mojej ciężkiej pracy jeszcze parę obrazków dla ciekawskich.

Uwielbiam motyw relacji uczeń/mentor, niekoniecznie w kontekście romansu. Twilight i Celestia są pod tym względem wyjątkowo urocze.
Siostry, czyli uczłowieczone Celestia i Luna
Więcej Celestii i Twilight
Teh cuteness
Więcej uczłowieczonej ekipy, w tym Lyra i Bonbon (they're cute, aren't they?)
WSZYSCY czyli plakat z tegorocznego ComicConu

Zwyczajowo, mam niejasne wrażenie, że w którymś momencie zaczęłam bredzić. W razie czego przepraszam.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Wakacje? Jakie wakacje? O, tutaj są!

Cholera, miało być coś optymistycznego, ale znowu mi nie wyszło...

Jasny gwint, padam na pysk. Wróciłam z pracy już kawałek czasu temu, a nadal ledwo znajduję siłę żeby sklecić parę zdań. Teoretycznie wyszłam po Bożemu, po 8 godzinach, ale jestem wypluta jak po co najmniej dwunastu. Ba! Wyjazdy do Katowic (wstań przed piątą, wróć do domu o dwudziestej pierwszej) nie męczą mnie aż tak. Co mnie tak zmęczyło? Chaos drodzy państwo, czysty chaos...

Równoczesne umawianie ludzi na rozmowy kwalifikacyjne i testy na kilkanaście różnych stanowisk, próba skoordynowania tego w jakiś sensowny sposób, próba dokonania niemożliwego i upchania dwudziestu rozmów w jeden dzień, ocena cv na bieżąco i jeszcze walka ze sprzętem - jeden (z całych dwóch) telefonów nie ma wyjścia na telefony komórkowe, a Tepsa ma 48 godzin na reakcję. Nie będę już nawet wspominać o zagubionych wnioskach, ludziach dopytujących się o rzeczy, które od ciebie nie zależą i tak dalej, bo tym się zajmuje koleżanka, mnie bolą głównie telefony. No i terminy, całkowicie nierealne terminy - a i tak mówię o tych "wynegocjowanych, wydłużonych". A jutro z rana znowu wycieczka do Katowic, być może w przyszłym tygodniu kolejna...

Ale HR to w ogóle nikomu nie jest potrzebny!

W zeszłym tygodniu przy okazji testów dowiedziałyśmy się z Gonikiem jak to wszystko co robimy nie ma sensu. No ok, może pan nie użył tych słów - stwierdził tylko, że "on nie musi takich testów pisać, on ma X lat doświadczenia w zawodzie i to nie tak się załatwia, a poza tym to on wie jak takie testy wyglądają, wynajmiemy aulę na uniwersytecie, zbierzemy sto osób i to tak naprawdę nic nie sprawdza". Pan ostatecznie na testy nie przyszedł. Z jednej strony trochę szkoda, bo miałam ochotę mu trochę nawrzucać gdyby się znowu rzucał (oczywiście nawrzucać w pełni profesjonalnie, żeby nie było). Z drugiej strony - może i słusznie, po tym jaki cyrk odstawił i tak by tej pracy nie dostał z racji na łatkę "arogancki i konfliktowy". Ale do rzeczy, chodzi mi o to twierdzenie, jakoby to testy nic nie sprawdzały. Oczywiście, że nic nie sprawdzają, w końcu firma zabuliła grubą forsę za licencję zupełnie na darmo, my też jeździmy z tymi testami zupełnie po nic.

Bullshit.
Taki aplikant nie ma pojęcia, do czego nam te testy, jak je wykorzystujemy, albo jak są oceniane. Taki aplikant nie ma pojęcia, co rekruterowi dają te osławione "głupie pytania o pierdoły" na rozmowach kwalifikacyjnych. Aplikant z reguły w ogóle nie wie jak wygląda praca w dziale HR. Ba! Często nie są tego świadomi inni pracownicy tej samej firmy - wnioskując chociażby po dzisiejszym stwierdzeniu naszego dyrektora: "a inne działy myślą, że my tu nic nie robimy".

No właśnie. HR to do niczego niepotrzebny, testy niepotrzebne, rozmowę powinien prowadzić wyłącznie przełożony danego stanowiska (bo HRka przecież nie zna C++ więc nie może zrekrutować informatyka czy programisty), a "młode dziewczynki po prywatnej szkółce zarządzania i marketingu" można spokojnie wywalić bez większej szkody dla firmy. Strasznie mnie to wkurza. Już pomijając fakt, że jestem "młodą dziewczynką po prywatnej szkółce zarządzania i marketingu" (najlepszej w Polsce, ale ciiii...) i taka generalizacja dotyka mnie osobiście - czy naprawdę tak trudno wyobrazić sobie, że praca innych ludzi też zasługuje na szacunek? Wielu ludzi ma paskudną tendencję do umniejszania wagi cudzej pracy, do oceniania jej jedynie po najbardziej zewnętrznych, najbardziej widocznych oznakach. Jakby kompletnie nie ogarniali, że nawet najprostsza praca (którą praca w HRze nie jest) jest potrzebna i zasługuje na szacunek.

To tak dla jasności: ten "zupełnie niepotrzebny" dział w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przerobił prawie cztery tysiące aplikacji. A przeglądanie życiorysów jest tylko niewielkim wycinkiem pracy rekruterów. Już widzę jak menedżerowie robią to sami.

Mwah. Padam na pysk. Chyba pora postrzelać do kosmitów albo pokicać po dachach Jerozolimy...

czwartek, 18 sierpnia 2011

Bo polityka jest gupia

I wyjdzie, że ja to na tym blogu nic nie robię tylko marudzę, jak na Polkę przystało. No ale kurde, nic nie poradzę, negatywne bodźce jakoś silniej wyzwalają moc twórczą (aczkolwiek planuję jeszcze notkę pochwalną na temat nowej serii My Little Pony).
Dzisiejsze marudzenie sponsoruje polityka (jak ja nie cierpię polityki) i absolutnie uroczy sposób w jaki politycy (wszelkiej maści) traktują środowiska LGBT (że o bardziej "odjechanych" queerach nie wspomnę). Na początek dwa linki i cytat z komentarzy pod jednym z nich.
"Czyżby seks homosiów odbywał się na zasadzie "wymiany myśli"? Dziękujemy panu Łysakowi za tak odkrywcze stwierdzenie. Czy pan dyrektor też wymienia myśli w te\n sposób?"
Po kolei zatem, bo i spraw do poruszenia trochę się uzbierało.
Po pierwsze, czuję się rozgoryczona. Nie robiłam sobie dużych nadziei w kwestii tej ustawy. Fakt jednak, że projekt się w ogóle pojawił i to nie z inicjatywy obywatelskiej traktowałam jako dobry znak. Liczyłam, że wywoła dyskusję, oswoi ludzi z myślą, że tak też można. Cieszyło mnie, że temat w ogóle pojawił się w sejmie. ...a potem SLD koncertowo spierdoliło sprawę. Pozostaje nadzieja, że faktycznie Otwarte Forum pociągnie to dalej, ale jak traktować projekt poważnie, jeśli nawet wnioskodawca go olewa? Z innej beczki, czy oni NAPRAWDĘ nie widzą, jak bardzo strzelili sobie tym w stopę? Za późno już na zjednanie sobie bardziej konserwatywnego elektoratu, który związki partnerskie kłuły w oczy. A tym jednym zagraniem pokazali się środowisku LGBT od najgorszej strony. Ja rozumiem kiełbasy wyborcze. Naprawdę rozumiem. Ale odbierać ludziom kiełbasę wyborczą PRZED wyborami... Dawno nie widziałam większej oznaki debilizmu.

Rzecz kolejna, czyli teatry zbrukane przez spotkania gejowskie. I seks, jak są homiki, to na pewno musi być seks. No doprawdy. Strasznie wkurza mnie sprowadzanie homo- czy biseksualistów do genitaliów na dwóch nóżkach. W ogóle wkurza mnie sprowadzanie jakichkolwiek relacji międzyludzkich do seksu, w dodatku w jego najbardziej "prostackiej" formie, w której sam fizyczny akt jest najwyższym dobrem i celem samym w sobie. Dlaczego w kontekście małżeństw mówi się o uczuciach, o uprawianiu miłości, o bliskości, o wspólnym budowaniu rodziny, w kontekście par jednopłciowych zaś o "ruchaniu w dupę" i wibratorach. Ok, seks jest ważny, fajny i w ogóle. Ale przecież w miłości jest tak wiele więcej! I tak, o tym "więcej" można mówić w teatrze. Bo dlaczegóż by nie? Przecież jest tak wiele przedstawień traktujących o miłości, że się najbardziej sztampowym "Romeem i Julią" posłużę (swoją drogą, nie znoszę tej sztuki, główny wątek do mnie kompletnie nie trafia - ot, głupie nastolatki i ich hormony). 
Ależ, zapomniałabym, przecież tu nie chodzi (tylko) o standardowe "sianie zgorszenia", ale też o splamienie świątyni sztuki poprzez - ohyda! - poruszanie problemów społecznych! No tak, to zmienia postać rzeczy. W końcu sztuka to oderwane od rzeczywistości cudo, które ma zachwycać i pozostawiać odbiorcę w uczuciu mentalnego orgazmu wywołanego niezaprzeczalnym pięknem dzieła. Jak to było? Zachwycić, poruszyć, pouczyć? Sztuka od niepamiętnych czasów dotykała problemów społecznych, takich czy innych. Dlaczego zatem nie można by rozmawiać o nich w teatrze? Nie łapię tego. Naprawdę.

Bah. Ludzie są głupi (ale i tak ich kocham).
Z dobrych wiadomości: mrrrr, urlop był jedwabisty, w pracy jakoś tak coraz sympatyczniej i podobno nas chwalą za Wykonanie Planu. I mam czerwone porzeczki!

czwartek, 19 maja 2011

Jak straciłam wiarę w ludzi, czyli nowinki z działu rekrutacji

Jak zapewne większość moich kochanych czytelników wie, pracuję w dziale HR dużej firmy jako asystentka. Konkretnie robię przy rekrutacjach - wklepuję dane do systemu, umawiam ludzi na rozmowy, robię pierwszą selekcję cv... Ot, rozgarnięty gimnazjalista by dał radę, ale to samo można powiedzieć o wielu innych, znacznie lepiej płatnych posadach. Tak czy siak, przy okazji, zdążyłam już przejrzeć parę setek życiorysów na różne stanowiska i uwierzcie mi, nie jest dobrze.

Pomimo istnienia pierdyliona poradników z gatunku "jak napisać dobre cv" faktycznie dobre życiorysy można by pewnie policzyć na palcach obu rąk. Z przyczyn dla mnie niezrozumiałych ludzie stale trzymają się pewnych schematów wyniesionych jeszcze z PRL-u, są całkowicie nieświadomi pewnych praw, a przede wszystkim są upośledzeni estetycznie. Dlatego też postanowiłam spreparować mini-poradnik. Wszystkie poniższe porady powstały w wyniku załamania jednym bądź wieloma prawdziwymi przypadkami życiorysów widzianych przeze mnie w tej lub poprzedniej firmie.

1. CV_firma_POL2011.doc to NIE jest dobra nazwa pliku
Podpisuj plik imieniem i nazwiskiem. O wiele łatwiej będzie je nam znaleźć w gąszczu innych życiorysów, gdy pojawi się potrzeba np. wydrukowania go tuż przed rozmową kwalifikacyjną. 

2. JPG to nie jest dobry format zapisu. TXT też nie.
Jeśli w ogłoszeniu jest dopisek, że wymagany jest skan podpisu, to zeskanuj sam podpis i wklej obrazek do normalnego pliku tekstowego. Zresztą, cokolwiek, z czego nie da się zrobić prostego "kopiuj-wklej" jest złym plikiem zapisu.

2a. Steve Jobes to syn Szatana i kulawej kozy, a Microsoft ma rząd dusz.
Formaty z komputerów Apple'a są niekompatybilne z całą resztą świata. Open Office jest kompatybilny, ale też nie zawsze (np. jak ktoś nie aktualizuje oprogramowania od stu lat i już nawet nowsze wersje OO nie obsługują danego formatu...) 

3. List motywacyjny i CV w jednym pliku to dobry pomysł.
Często jest tak, że jeśli list jest zapisany osobno, to nikt na niego nie spojrzy. Ja wiem, że to smutne, ale taka prawda. Także, list motywacyjny, wbrew pozorom, jest ważny i może zwiększyć twoje szanse na zatrudnienie.

4. Twój numer telefonu i adres e-mail interesuje nas znacznie bardziej niż historia publikacji naukowych na pełną stronę A4.

NIKT. TEGO. NIE. PRZECZYTA. Poważnie. A bez telefonu czy e-maila, to twoje cv zajmuje tylko cenne miejsce na dysku. NIE zakładaj, że weźmiemy sobie adres z maila, w którym przyszła aplikacja. Często jest tak, że cv najpierw zapisuje się na dysku w jakimś osobnym folderze i wtedy nikt już nie będzie szukał po całej skrzynce, co wpisałeś w mailu. 

5. Lepsze CV bez zdjęcia, niż CV ze zdjęciem z imprezy, "słit focią" robioną z ręki albo przed lustrem, czy inszy niewyraźny horror. 
Legitymacyjne kurde. Legitymacyjne są bezpieczne.

6. Times New Roman źle się czyta z ekranu.
Arial, Verdana, Calibri...

7. Zlituj się, zielone tło w CV to głupi pomysł.
Poważnie. Jeśli bardzo ci zależy na jakimś kolorku, to niech to będzie coś jasnego, nieinwazyjnego.

8. Tabelki nie są czytelne.
Ja wiem, rewolucyjna idea. Ale to niestety prawda. Mało kto umie robić dobre, czytelne tabelki. Oczywiście, tabelki sprawdzają się w pewnych warunkach, ale w CV rzadko są dobrym rozwiązaniem - liczne linie oddzielające każdy kolejny punkt doprowadzają biednego rekrutera do oczopląsu. Znacznie lepszym pomysłem jest po prostu dobrze sformatowana lista wielopoziomowa.

Nie żeby to ludzie potrafili zrobić...

9. Nie interesuje nas twój stan cywilny.
Liczba, wiek i imiona dzieci, psa, chomika, żony, kochanki, czy czego tam jeszcze chcesz też nie. Waga i wymiary też nie (true story!).
To akurat warte jest dodatkowego komentarza - to ewidentnie jest zaszłość sprzed lat, kiedyś w szkołach uczyli, że koniecznie trzeba takie dane podawać. Dziś to się nie sprawdza, ba! jest raczej źle widziane. Prawda bowiem jest taka, że rekruter nie ma prawa wykorzystać tych informacji, są one mu zbędne, wręcz przeszkadzają. Domyślam się, że osoby piszące tego typu dane chcą pokazać, że mają ustabilizowaną sytuację rodzinną. Gorzej, kiedy zaczyna to brzmieć jak ogłoszenie matrymonialne (stan: wolny) albo w pewnym sensie przeczy pozostałym informacjom zawartym w życiorysie (rozwodnik chwalący się świetną umiejętnością rozwiązywania konfliktów). Poza tym, jak wyżej - nie mamy prawa tego wykorzystać. Nikt nie zapyta cię o to na rozmowie, nikt nie wymaga od ciebie takich informacji. Kropka.

10. Jeśli aplikujesz na wysokie stanowisko kierownicze nie interesują mnie twoje doświadczenia z wakacyjnej praktyki w KFC.
Tak drodzy państwo, CV wcale nie musi zawierać WSZYSTKICH doświadczeń zawodowych, w szczególności tych pierwszych. Tę zasadę posuniętą do ekstremum widziałam w przypadku, gdzie facet wpisał mniej więcej coś takiego: "różne zlecenia, niezwiązane z obecnym zawodem, nie będę wam zawracał głowy". To wbrew pozorom ma sens. Oczywiście, lepiej jest nie zostawiać losowych dziur (dwuletnie "bezrobocie" zdecydowanie źle wygląda), ale jeśli poprzednie stanowiska są kompletnie niezwiązane z pracą, na którą aplikujesz, to po prostu zanotuj i nie rozwijaj, szkoda czasu i miejsca.

10a. A propos bezrobocia...
Szczerość czasem popłaca. Lepiej jest napisać wprost "od 2008 - przerwa zdrowotna", "studia", "w trakcie przekwalifikowania się", albo coś w tym stylu, niż urwać na tym 2008 i zostawić niewyjaśnione. 

11.  Nie, nie wiem, czym zajmowała się twoja poprzednia firma. 
Oszczędź mi kłopotu guglania firmy "Zbyszek i syn" (czy inna, równie kreatywna nazwa, wypluwająca ponad setkę niezwiązanych ze sobą wyników) i dopisz w nawiasie branżę.

12. Specjalista specjaliście nierówny, czyli napisz parę zdań o stanowisku.
Stanowisko o takiej samej nazwie w różnych firmach może oznaczać zupełnie różne rzeczy. Napisz krótko w punktach, czym się zajmowałeś, jakie były twoje najważniejsze zadania, może jakieś szczególne osiągnięcia - ogólnie, co ty właściwie potrafisz. A, i oczywiście, patrz punkt o praktyce w KFC - rozpisuj w ten sposób stanowiska znaczące z punktu widzenia tej konkretnej aplikacji.

13. Ktokolwiek powiedział ci, że CV MUSI zmieścić się na jednej stronie - kłamał.
CV nie powinno być rozwlekłe, ale bynajmniej nie ma ograniczeń co do ilości stron. CV na cztery strony zawierające wspomniane wyżej krótkie opisy stanowisk będzie znacznie lepsze, niż jedna strona losowych nazw.

14. Ważne informacje są ważne.
Czyli pogrubienia, podkreślenia i insze sposoby wyróżnienia istotnych kawałków. To jest bardzo ważne drodzy państwo, jeśli rekruter ma 400 życiorysów do przejrzenia, to nie będzie poświęcał jednemu dużo więcej niż minutę-dwie. Czasem decyzję podejmuje się w kilka sekund (zwykle jest to decyzja o odrzuceniu kandydata całkowicie niepasującego do profilu, ale wiecie o co mi chodzi). Ważne informacje muszą być łatwe do wychwycenia na pierwszy rzut oka.

NAJWAŻNIEJSZA ZASADA NA ŚWIECIE!!!
 Życiorys musi być czytelny!

Dajcie go do przeczytania losowej osobie, niech w pół minuty je oceni pod kątem "czy widać najważniejsze dane". Sformatujcie je odpowiednio. Spójrzcie na nie i sprawdźcie, co najbardziej się wyróżnia. Upewnijcie się, że rekruter nie dostanie oczopląsu. Wbijcie sobie to do głowy i powtarzajcie jak mantrę - to naprawdę jest cholernie ważne. I żeby było śmieszniej, jest to zdecydowanie najczęściej łamana zasada pisania życiorysów. Nieźle nie?

piątek, 1 kwietnia 2011

Stracone pokolenie, generacja nic, rocznik 89 i Babilon

Tak wracając na chwilę do tematu ostatniej notki. Znalezione na facebooku:
Są normalne piersi ( . )( . ), piersi silikonowe ( + )( + ), piersi idealne (o)(o). Czasami piersiom jest zimno (^)(^),niektóre piersi należą do starszych kobiet \./\./ Oczywiście nie zapominajmy o bardzo dużych piersiach (o Y o), i tych bardzo malutkich (.)(.), No i oczywiście o tych różnych (•)(.). Kochamy je wszystkie! Wklej tą wiadomość do swojego statusu i powiedz ┌П┐(◉_◉)┌П┐ RAKOWI PIERSI !!!!
No sami powiedzcie, czyż nie lepiej zwraca uwagę na problem? :D A teraz do rzeczy.

Kochany czytelniku. Jako iż jestem koszmarnym leniem, zabrakło na tym blogu jakiejś informacji, kto ja właściwie jestem. Karygodne niedbalstwo z mojej strony, wiem, śpieszę nadrobić. Kilka faktów o mnie:
  • na pewno nie znajdę pracy w zawodzie (jakimkolwiek)
  • moje studia są nic nie warte
  • nie wyznaję żadnych wartości
  • nie czytam książek. W ogóle nic nie czytam
  • jestem egocentryczną hedonistką o skrajnie roszczeniowej postawie
  • niczym się nie interesuję
  • mam dysleksję, dysgrafię, platfusa i dyskalkulię
  • a poza tym jestem rozwiązła seksualnie.
Wszystko prawda, w końcu jestem młodą, studiującą kobietą, wychowaną po upadku PRLu (chociaż o rok za starą, żeby pisali o mnie artykuły). Na pewno musi to być prawda, w końcu w gazecie pisali...

Dobrze, a teraz serio. Ostatnimi czasy Wyborcza publikuje artykuł za artykułem na temat tego, jak to dzisiejsza młodzież ma przerąbane (żeby nie powiedzieć brzydziej). Że nie ma pracy, że jest nieprzedsiębiorcza, że zdemoralizowana, znudzona i o wygórowanych ambicjach. Jest w tym ziarno prawdy oczywiście, faktycznie sytuacja młodych na rynku pracy nie jest w tej chwili jakoś szczególnie różowa... co nie zmienia faktu, że za parę dni dostanę pierwszą wypłatę z pracy, której nie szukałam, sama do mnie przyszła. Ale po kolei. NIENAWIDZĘ artykułów o młodzieży. Nie znoszę koszmarnie nadużywanego słowa "pokolenie". W ogóle nie lubię etykiet, mają one taką paskudną cechę, że generalizują i umacniają stereotypy. Bo możemy sobie mówić, że etykietka "generacja nic" wcale nie obejmuje wszystkich jednostek i że ma tylko obrazować Poważny Problem Społeczny. Jasne. Ale ilu jest ludzi, którzy, gdy dowiedzą się ile masz lat, przestaną z tobą rozmawiać, albo nie zatrudnią cię, bo jesteś po filozofii. Albo, co chyba jeszcze gorsze, zaczną cię żałować, że jakaś ty biedna, nie znajdziesz pracy i wylądujesz na zasiłku. Biedna ja.

Dla kogoś kto - tak jak ja - ma problemy z poczuciem własnej wartości, właśnie takie wypowiedzi są silnie demoralizujące. Bo człowiek zaczyna się zastanawiać. Skoro tak wielu moim równolatkom się nie udało, to dlaczego miałoby udać się mnie? Czy naprawdę jestem pozbawioną wartości, zainteresowań i aspiracji szarą główką w tłumie? I na Boga, gdzie są te tłumy facetów (i dlaczego to koniecznie muszą być faceci?), z którymi uprawiam dziki seks w toaletach? Głupie, wiem. Po co się przejmować, sama powinnam wiedzieć jaka jestem i ile jestem warta. Problem polega na tym, że niby skąd mam wiedzieć? Skąd ktokolwiek z nas ma wiedzieć? Przecież postrzegam siebie poprzez pryzmat własnych doświadczeń i - w dużej mierze - komunikatów otrzymywanych z otoczenia. A co jeśli komunikaty są sprzeczne?

Mój ojciec zawsze mi mówił, że muszę być najlepsza we wszystkim i że interesuję się gównami (bo manga, bo fantastyka, gry, psychologia, pisarstwo...). Matka z kolei mówiła, żebym się nie martwiła, będzie mnie kochać nawet z pałami, że mam się całe życie uczyć i żebym się nie spieszyła z seksem "bo koleżanki już". Brat z kolei twierdził, że wszystko jest dla ludzi, tylko żebym się zgłosiła do niego zanim zrobię coś szalonego, to mi da namiary na właściwych ludzi. Osobno wszystko brzmi fajnie. Ale kiedy zestawić te wypowiedzi ze sobą, dodać inne źródła, pojawią się mniejsze lub większe rozbieżności. I okaże się, że równocześnie uważam, że oceny na świadectwie niewiele znaczą i na samą myśl o poprawce robi mi się słabo. Jestem pełna takich sprzeczności. Jestem też głęboko przekonana, że to cecha charakteryzująca cały gatunek ludzki.

A żeby było śmieszniej, to ja kompletnie tych wszystkich pokoleń nie widzę. Tak samo jak statystyczny Polak nie istnieje, nie istnieje też statystyczny przedstawiciel którejkolwiek z wymienionych w tytule notki zbiorowości. Kiedy spojrzeć na jednostki okazuje się, że ze standardową plastikową blondie można prowadzić dyskusje właściwie o wszystkim (a jak nie zrozumie jakiegoś słowa, to zapyta), że pozbawiony aspiracji "pan nic" jest w gruncie rzeczy bardzo zagubionym, wrażliwym człowiekiem, a "stracona" studentka ostatni raz roznosiła ulotki w gimnazjum, żeby pomóc mateczce. Niestety, media lubią etykiety, wydaje się, że spora część społeczeństwa również. I tak to się kręci...

No dobrze, skłamałam. "Stracone pokolenie" widzę, przynajmniej trochę. Tylko że i z nim sprawa nie jest tak prosta. Gazety gęsto rozpisują się na temat objawów, całkowicie niemal ignorując przyczynę problemu, równocześnie szafując (ogólnikowymi i starymi jak internet) radami, jak go przezwyciężyć. Blah blah, bezpłatne staże, blah, praktyki, blah, konkursy, blahblah... Wszystko prawda. Tylko że to rady krótkoterminowe i - moim zdaniem - brakuje im jednej rzeczy (której niestety gazety nie zapewnią).

Prawie rok temu (jasny gwint, jak ten czas leci) siedziałam przed komputerem, kompletnie sparaliżowana strachem, wgapiając się w pracuja w poszukiwaniu oferty praktyk studenckich. Zapewne siedziałabym do dzisiaj, gdyby w końcu nie pojawił się... mail z ofertą. Od osoby, która została poproszona o rekomendacje, a zwróciła na mnie uwagę na uczelni... Co ciekawe, ja na tych konkretnych zajęciach to głównie łamigłówki rozwiązywałam, od czasu do czasu tylko podnosząc łeb i rzucając jakiś komentarz. Nie byłam jedyną osobą, która dostała tego maila, ale mi się udało - ku mojemu zaskoczeniu, sądziłam, że jednak koleżanka przejdzie. I, jak w reklamie, "zostałam na dłużej", spędziwszy w firmie całe wakacje, a potem każdy piątek przez cały semestr. I ciągnie się to za mną, uwierzycie? Miesiąc temu - telefon od szefowej z praktyk, która w międzyczasie zmieniła pracę, czy bym czasem nie pomogła, bo brakuje im rąk do pracy... Płaca marna, ale na waciki (czy też raczej, na kolekcjonerkę nowych Heroesów) zarobię, pracuję w branży i nabywam kolejnych umiejętności (i znajomości, nie oszukujmy się). A wszystko zaczęło się od tego, że pokazałam się od dobrej strony jednej osobie...

Dostałam wtedy te praktyki. Ale prawda jest taka, że momentem przełomowym był dla mnie ten pierwszy mail. Był jak neon "uważam, że dasz sobie radę". Miła odmiana po apokaliptycznej wizji bezrobocia i setek rozsyłanych CV. Jeden pozytywny komunikat pośrod morza negatywnych (najbardziej lubię "trzeba było iść na polibudę". Bo w końcu każdy może zostać inżynierem i to absolutnie nieprawda, że kierunki zamawiane to jedna wielka lipa). Całkowicie poważnie twierdzę, że był to ten moment, który nadał mi rozpędu w kategorii "życie zawodowe". Strasznie dużo się słyszy o tym, jak to młodzi ludzie powinni być silni, przedsiębiorczy i sami sobie radzić, w końcu to już dorośli ludzie - a kompletnie nie docenia się wagi takich właśnie pozytywnych komunikatów czy rad. Poza tym, tak szczerze mówiąc, to dupa a nie dorośli ludzie. W dzisiejszych czasach dzieciństwo wydłuża się znacznie i moi równolatkowie często nie mają wiedzy i umiejetności, które parę dekad temu posiadał przeciętny szesnastolatek. A już o poczuciu braku celu to nawet nie będę zaczynać.

Mwah. Mam dziwne wrażenie, że ta notka nie ma sensu, ale pisałam ją o pierwszej w nocy.

czwartek, 3 lutego 2011

Czarna cola na oparciu krzesła

Rak piersi (czy jakikolwiek inny, skoro już o tym mowa) to poważna sprawa. Należy o tym mówić, edukować, nakłaniać do badań, i tak dalej. Krótko: zwiększać świadomość społeczną. W tym celu, oczywiście, podejmowane są niezliczone akcje społeczne - mniej lub bardziej sensowne, mniej lub bardziej udane. Nietrudno się domyślić, że w internecie też się takie znajdą - i, jak to zwykle z internetem bywa, poziom debilizmu w przyrodzie nie należy do najniższych.

Gramy w grę.
Ktoś zaproponował, abyśmy my, wszystkie dziewczyny na facebooku zrobiły coś wyjątkowego aby uświadomić kobiety o zagrożeniu wystąpienia raka piersi (akcja pt. (eng.) Breast Cancer Awareness). Gra jest łatwa i chciałabym, abyś do nas dołączyła i pomogła nam to rozprzestrzenić. W zeszłym roku chodziło o wpisanie koloru stanika, jaki zazwyczaj nosisz w swój status na Facebooku i zostawienie wszystkich mężczyzn w zastanowieniu dlaczego wszystkie dziewczyny mają w swoim statusie kolor. W tym roku ma być to status twojego związku lub oświadczenie o stanie wolnym, oczywiście wszystko zakodowane.

Pamiętaj, nie odpowiadaj na tą wiadomość, tylko ustaw w profilu jeden z poniższych kodów, następnie skopiuj tą wiadomość w całości i wyślij jako nową do wszystkich swoich znajomych płci
żeńskiej.


Tequila: jestem singlem
Jack Daniels: to skomplikowane
Rum: wolę kobiety
Champagne: zaręczona
Red Bull: w związku
Beer: w związku małżeńskim
Vodka: jestem tą "drugą"
Sprite: nie mogę znaleźć tego właściwego
Liquor: chciałabym być singlem
Gin: chcę wyjść za mąż

Zeszłoroczna gra ze stanikami dosięgnęła telewizji, pomóżmy, aby ten rok osiągnął taki sam efekt i pokażmy, jak silne są kobiety !!


No ja pierdolę, ludzie kochani. Ja rozumiem, że nie zawsze trzeba być stuprocentowo poważnym, że można mówić o ważnych rzeczach z lekkim przymrużeniem oka. Popieram odrobinę humoru. Ale niech humor nie przysłoni sensu! W jaki sposób losowe słowo w opisie na facebooku nawet tysiąca osób ma się przyczynić dla sprawy zwiększania świadomości raka piersi? Czy przekazuje to jakąś informację? Namawia do działania? Wskazuje wady i zalety określonych rozwiązań? ...no właśnie.

Żeby nie było - złego słowa bym nie powiedziała, gdyby ta "gra" pozostała - no właśnie - grą. Zabawką, niczym poważnym, ot takie śmiechadełko. Doprawianie do tego ideologii i bajdurzenie o "sile kobiet" wydaje mi się idiotyczne. Czy naprawdę chcemy, żeby naszą płeć kojarzoną z tego typu "akcjami" - nie noszącymi za sobą żadnej wartości dodanej, poza ewentualnym medialnym zamieszaniem? Ja może jakaś dziwna jestem, ale w kontekście siły płci niewieściej wolałabym już mówić o drugim Kongresie Kobiet, który odbył się w ubiegłym roku (na temat którego nie będę się wypowiadać, bo nie byłam i się nie interesowałam - niemniej jednak samo jego istnienie uważam za rzecz słuszną). Jak chcemy być brane serio, jeśli ważne problemy społeczne sprowadzamy do torebek, staników i seksu? Drogie panie, to niepoważne! I, co najgorsze, nie spełnia swojej funkcji.

Dla udowodnienia, że da się przekazać jakąś myśl z humorem - obrazek, powstały zresztą przy okazji poprzedniej identycznej akcji. Od siebie dodam, że mammograf mammografem, ale w większości przypadków wystarczy regularne samobadanie. O którym nie mówi się praktycznie wcale, bo po co.

I żeby nie było łyso, uczcie się drogie panie. Cycki to fajna rzecz, należy je pielęgnować, a najlepiej znaleźć sobie łosia, który wybada za was :3 I wszyscy będą zadowoleni.

czwartek, 20 stycznia 2011

RRRRRAGE czyli zaskakująco dobry dzień wkurwa

Dzisiejszy dzień oficjalnie jest dniem wkurwa.
Godzina 8.15, docieram do szkoły.
Godzina 8.30, zaczynają się zajęcia. Teoretycznie. Wykładowcy jeszcze nie ma.
Godzina 9.00, wykładowcy nadal nie ma.
Godzina 9.20, ktoś w końcu do niego dzwoni.
Godzina 9.21, wykładowca otwiera lewe oko...
Godzina 10.15, wykładowca dociera na uczelnię i komunikuje studentom, że ponieważ zaspał, to oddać prezentację i wziąć wpisy będzie można JUTRO. Ewentualnie dzisiaj w sali obok, gdzie on jest do 11.45
Godzina 10.16, rozpoczyna się kolokwium z ekonometrii.
Godzina 11.45, kończy się kolokwium z ekonometrii, które zjebałam, zrobiłam półtora zadania na trzy, z czego pół chyba źle - liczyłam trzy razy, dwoma metodami, za każdym razem inny wynik.
Znaczy, nadal istnieje szansa, że dostanę zaliczenie, ale jestem sfrustrowana.
Godzina 11.47, udaje mi się dorwać właśnie wychodzącego faceta i wymóc na nim wpis. Z 4 i 4,5 oczywiście wyszło mi 4, bo jakże. Także facet mnie nastraszył twierdzeniem, jakoby to indeksy jednak były jeszcze używane, wbrew temu, co twierdzi dziekanat. Jeśli to prawda, to wielu miłych życzę, ja wpisów do indeksu nie zbierałam, zbierać nie będę, a oficjalna wersja jest taka, że możemy sobie tymi indeksami tyłek podetrzeć, jeśli taką akurat mamy fantazję.
Godzina 12.15, grupa nic nie wie o zapowiedzianym na dzisiaj ustnym...
Godzina 12.18, wkurwiona psorka i tak rozdaje karteczki, ostatecznie egzamin ustny trwa prawie półtorej godziny i jest egzaminem pisemnym (bo tak).
Godzina 13.30, oddaję karteczkę. Zadaję nieśmiałe pytanie, kiedy można przyjść po wpis.
29 stycznia. W sobotę.
Puppy eyes i odprawianie czarów pod tytułem "ale ja w czwartek jadę do domu" zaowocowało propozycją. Jutro, między 8 a 13. A teraz drodzy państwo konkurs, jak równocześnie być na uczelni i w robocie, które są oddalone od siebie o długość mniej więcej całego miasta. Propozycja numer dwa: poczekać półtorej godziny, aż kobitka skończy zajęcia. Much better, but still frustrating.

Warto jeszcze zaznaczyć, że jutro upływa termin składania zgłoszeń na egzamin LCCI. Aby się zgłosić, należy dostarczyć ksero dowodu, wypełniony formularzyk oraz potwierdzenie wpłacenia drakońskiej sumy 400 złotych na konto uczelni.
Przelew zrobiłam wczoraj.
Wydruku potwierdzenia nie pozwoliło mi zrobić. Nie pozwoliło mi również zapisać takowego potwierdzenia w formie pdf-a. Bo tak.
Oczywiście, mogę zawsze spróbować z uczelni. Ale uczelnianym komputerom nie ufam za diabła, mogę mieć tylko nadzieję, że żaden keylogger mnie nie zje zanim do domu nie dotrę.

A teraz siedzę w sali komputerowej i upuszczam parę. Dzień wkurwa ma tę zaletę, że pomimo megawkurwa przez cały dzień, wszystko RACZEJ udało się lub uda się załatwić w przeciągu tej nieszczęsnej półtorej godziny. Facet od ekonometrii podobno obniżył progi, więc mam szansę zaliczyć ten przedmiot. Jeśli zaś nie zaliczę, to w drodze wyjątku pozwolił mi ewentualnie poprawiać w tym wcześniejszym terminie, teoretycznie zarezerwowanym na poprawki pierwszego kolokwium. Zaliczyłam też psycho, nawet zadowalająco, pomimo ewidentnego nienaumienia się na ostatnie kolokwium. Zdobyłam ten cholerny wpis z Europy i raczej zaliczyłam "egzamin ustny". Wydrukowałam potwierdzenie. Może dzisiaj uda mi się dostać wpis z angielskiego. I skoro już tu jestem, to może nawet się szarpnę i zjem ciepły posiłek. Normalnie święto.





EDIT: W istocie, zaliczyłam "egzamin ustny". Na najwyższą ocenę. Co z kolei, wywindowało mi ocenę końcową o pół stopnia w stosunku do najbardziej optymistycznej wersji X__x

niedziela, 2 stycznia 2011

Życie po mangowemu, czyli dlaczego Japończycy mają przekichane

Treść drodzy państwo, treść!

Dorwałam się do mangi "Life" niejakiej Suenobu Keiko. Próbkę tego, co pani potrafi mogłam już wcześniej zobaczyć w "Vitamin" i spodziewałam się czegoś podobnego. Problem polega na tym, że "Vitamin" ma tomik jeden, a "Life'a" właśnie zaczynam siódmy i zaczyna mną trząść. Ilość rzeczy przedstawionych w tej mandze, które są po prostu ZŁE, jest zatrważająca. Także, mnóstwo dowodów na to, że całe zło tego świata bierze się z niedoskonałej komunikacji. No dobra, może nie całe - są jeszcze ludzie chorzy psychicznie.

Mnóstwo psuj w tekście, czujcie się ostrzeżeni. Najlepiej od razu zabierzcie się za mangę i łypcie na notkę w trakcie.

Zacznijmy od początku, pierwszy rozdział, wątek najlepszej szkolnej przyjaciółki bohaterki. Ja pierdykam, jeśli to jest przyjaźń, to ja dziękuję. Najpierw uśmiechy, wspólne lunche, powroty do domu, ogólnie kwiatki i sielanka... a potem wszystko się psuje, bo przyjaciółce zabrakło jaj na wyznanie "słuchaj, chciałabym ci pomóc w nauce do egzaminów do liceum, ale moje własne oceny na tym cierpią, wrzuć trochę na luz, ok?". Stawiam trzecią nerkę, że bohaterka by zrozumiała, ma dobre serduszko i rzeczywiście zależało jej na tej przyjaźni. Rozumiem, dlaczego Shii-chan potraktowała porażkę na egzaminach jako tragedię - sama bym pewnie tak zareagowała. Rozumiem, dlaczego było jej źle z tym, że bohaterka się dostała, a ona nie. Ale nie rozumiem, dlaczego nie mogła powiedzieć jej tak prostej rzeczy jak "potrzebuję też czasu na własną naukę". Komunikacja for the win.

Punkt numer dwa, problem wesołych sadystów i stalkerów (ach, jakże mi brakuje zgrabnego polskiego odpowiednika tego słowa...). Ilekroć ten wątek wypełza na wierzch mam ochotę krzyczeć i rzucać laptopem (żaden laptop nie ucierpiał przy tworzeniu tej notki, nie zrobiłabym przecież Sharon krzywdy). Przemoc seksualna budzi we mnie gigantyczną wręcz odrazę, wstręt, gniew - chyba przede wszystkim gniew - aż trudno to wyrazić słowami. Oczywiście, przemoc jako taka jest zła, ale jeśli wmieszać w to sferę intymności... Człowiek nigdy nie powinien być traktowany jak przedmiot. Kropka.
I nie będziemy teraz kontynuować tego wątku, bo mi ciśnienie za bardzo skacze.

Dalej, plotki i znęcanie się. Tragedia omyłek po prostu, byłoby śmiesznie, gdyby tak nie bolało. Dziewczyna idzie pogadać z facetem po szkole? Na pewno chce go odbić koleżance! On przyszedł do jej mieszkania? No to przecież niemożliwe, żeby jej matka wynajęła najlepszego ucznia w klasie jako korepetytora. Bohaterka twierdzi, że nie zrobiła nic złego? KŁAMIE.
Cenię sobie szczerość. Chcę ufać ludziom. Chcę wierzyć, że natura ludzka jest raczej dobra. Przeraża mnie, jak bardzo jeden, nic nie znaczący detal może urosnąć w głowach ludzi, jak może stać się dobrym powodem do nienawiści. I do jej okazywania w sposób nadzwyczaj fantazyjny.

Także: JA PIERDOLĘ, gdzie w tej szkole są nauczyciele?! A przepraszam. Są przecież. I umywają ręce. Niczego nie widzą. Zrzucają winę na ofiarę. Normalnie prawie jak Giertychowskie "zero tolerancji" - wystające gwoździe się dobija, a to przecież ofiara jest plamą na honorze szkoły, nie sprawcy, nie? W końcu to ofiara (wreszcie) znalazła w sobie dość odwagi by powiedzieć głośno "ta kryształowa panienka, taka grzeczna i miła, znęca się nade mną od miesięcy, niszczy mi rzeczy, życzy mi śmierci, każe wynosić się ze szkoły". Na pewno nie potrafi współpracować w grupie. Albo ma problemy z percepcją. Musi się nauczyć działać z ludźmi, nawet jeśli "nie lubi" pewnych osób w grupie. No bomba kurde balans. A jedyna osoba, która próbuje być prawdziwym pedagogiem (zabiera się do tego od dupy strony, ale przynajmniej próbuje) zostaje zaszufladkowana jako "wciskająca nos w nie swoje sprawy".

I (jak na razie) ostatni punkt tego rage'a - skąd Japończycy biorą takie suki? Małe siksy, co to ledwo odkryły co mają między nogami, a manipulują ludźmi bez najmniejszego wahania czy wyrzutów sumienia. A przy tym świetne aktorki, normalnie trzy Oskary się należą. Tak, wiem, że to postępujący trend i w naszym polskim bajorku też się takie znajdą... Ale patrząc na częstość występowania zjawiska w mangach i anime robi się to cokolwiek niepokojące.

Dla wyjaśnienia - nigdy nie doświadczyłam zjawiska "fali", którym tak straszono mnie przed pójściem do gimnazjum. Zdarzały się docinki, dogryzy, podkradanie plecaków - ale plecak zawsze się znajdował w tzw. regulaminowym czasie, a dogryzy nigdy nie przekroczyły pewnych granic. Okrucieństwo młodych przecież ludzi przedstawionych w tej mandze przeraża mnie. Jak można tak nie liczyć się z uczuciami drugiej jednostki? Dla mnie nie do pojęcia.

Jest w tym całym bajzlu jeden jasny punkt. Sojuszniczka. I budująca się w bohaterce odwaga, siła by powiedzieć "nie!", by krzyknąć "nie zrobiłam nic złego". Może uda jej się wyjść z tego cało. Nawet jeśli blizny - zarówno te na sercu jak i nadgarstkach - zostaną na całe życie.


I od lżejszej strony - zawsze byłam przeciwniczką dopatrywania się pairingów tam, gdzie ich nie ma... Ale ja pierdykam, między Ayamu i Hatori naprawdę wydaje się być coś "bardziej" niż zwykła przyjaźń X___x

Także, ich relacja kojarzy mi się trochę z relacją Genevieve/Robin. Minus fakt, że Robin się już zdążyła całkiem nieźle pozbierać.

Mema nie będzie, i tak już za dużo literek.

PS. LOL, kawałek dalej, "It's karma, bitch". Bohaterce rośnie kręgosłup, dobrze!